POWÓDŹ 1997 ROKU NA TERENIE GMINY ŻEGOCINA

REPORTAŻ   TADEUSZA  OLSZEWSKIEGO  DLA  "ZIEMI BOCHEŃSKIEJ"

 
Okładka "Ziemii Bocheńskiej".

LIPCOWY  ŻYWIOŁ

    
Pierwsza dekada lipca 1997 r. okazała się, nie tylko dla najwyżej położonego w Tarnowskiem regionu, bardzo tragiczna. Kiedy 8 lipca pojawiła się w Potoku Saneckim płynącym przez Gminy Żegocina i Trzciana wysoka woda, zalewająca piwnice, podmywająca szereg dróg i niszcząca część pól uprawnych, nikt nie przypuszczał, że wkrótce nadejdzie jeszcze coś gorszego.
     Następnego dnia około godziny 18 nadciągnęła burza. Latem burza to nic dziwnego. Ta okazała się jednak tragiczna. Z ciężkich chmur lunęły na Trzcianę, Żegocinę, Lipnicę Murowaną, Laskową i okolice tysiące hektolitrów wody. Wszystkie fosy i rowy błyskawicznie zapełniły się brunatną cieszą, która w błyskawicznym tempie spływała na tereny niżej położone. Sanka wkrótce zamieniła się w potężną rzekę, która z ogromną siłą płynęła w dół zabierając wszystko, co spotkała na swojej drodze. Wychodzący po wieczornej mszy świętej z kościoła w Żegocinie ludzie nie mogli rozpoznać centrum wsi, które pełne jeszcze wody przypominało miasto zniszczone ciężkim nalotem bombowym. Sterczące ponad lustrem wody płyty chodnikowe, metalowe bariery, płynące drzewa, wyrwane z drogi potężne kawałki asfaltu, metrowe dziury na placu parkingowym, olbrzymie wyrwy w jezdni, pogniecione samochody, porozwalane sklepy, zalane magazyny - wszystko to tak przerażało. Zszokowani mieszkańcy nie mogli zrozumieć, jakim cudem woda potrafiła zabrać sprzed budynku UG przystanek PKS-u oraz znajdujący się nieco niżej kiosk spożywczy. Nie mogli też nadziwić się, jakim cudem oparła się żywiołowi figura św. Floriana na skwerze przy bibliotece w Żegocinie. Jak papierowa łódka odpłynął położony nieco wyżej kiosk spożywczy GS-u, woda sięgała Florianowi po konewkę, a on stał, jakby czuwając nad tym, by nikomu z ludzi nic się nie stało. Upilnował, gdyż w Żegocinie nikt, mimo znacznego zagrożenia, nie został nawet ranny. Ludzie potracili majątek, zniszczone zostały plantacje malin i truskawek stanowiące podstawę utrzymania znacznej części mieszkańców gminy, ale ludziom i żywemu inwentarzowi nic się nie stało.
     Wkrótce do centrum dowodzenia akcją ratowniczą, które pośpiesznie zorganizowano w Urzędzie Gminy dotarły informacje, że woda zerwała znaczne odcinki drogi w Łąkcie Górnej i most w Bytomsku. Gmina nie ma łączności telefonicznej. Nie wszyscy wiedzą, gdzie kto się znajduje. Kilkunastu turystów zostało zaskoczonych w terenie i teraz szukają możliwości przedostania się do swoich. Niektórzy pośpiesznie, bo zbliża się noc, poszukują noclegów. Przestał funkcjonować wodociąg, a potężne ilości wody zalały oczyszczalnie ścieków. Nie ma prądu. Tylko szum płynących nadal potoków jest doskonale słyszalny.
     Zanim nadeszła noc właściciele zalanych sklepów z centrum Żegociny zabezpieczyli suchy towar, usuwając zalany oraz sprzedali zapasy chleba, napojów i innych produktów. Z wyjątkiem chleba nie zabrakło niczego. Długo jeszcze tego wieczoru stali w ciemnościach mieszkańcy okolicznych wsi przekazując sobie wiadomości i organizując się - na jutro - do prac porządkowych. Nie wiedzieli jeszcze, jaka tragedia spotkała ich sąsiadów z drugiej strony Przełęczy Widoma. Tam, w Kamionce, zginęła kobieta przygnieciona przez zwalone na dom zwały ziemi.
     W ciężkim położeniu znalazło się też kilka domów w Rozdzielu, Łąkcie Górnej, Łąkcie Dolnej i Trzcianie. Zwały mułu i ziemi oderwane ze zboczy gór zaczęły napierać na niektóre domy. Kilka rodzin uciekło na strychy lub do sąsiadów. Ciężkie chwile przeżywali mieszkańcy Trzciany, którym woda zalewała domy, a z jednego potrafiła nawet wyciągnąć z garażu przez połowę otwartych drzwi samochód. Na własne oczy widział też kierownik restauracji w Żegocinie jak "odpływa", porwany przez falę w przepastny nurt jego samochód kupiony kilka dni wcześniej. Niewiele osób spało tej nocy spokojnie. Nie wiedzieli jeszcze, jak wielkie nieszczęścia dotkną mieszkańców dorzecza Odry i górnej Wisły.
Ranek dnia następnego był pogodny. Ciepłe słońce oświetliło jasnymi promieniami beskidzką ziemię. W kotlinach i dolinach rzek nie mogło jednak rozpoznać krajobrazu. Zwały ziemi i kamieni na drogach, powyrywane drzewa, porozrzucane po łąkach sprzęty i kurczaki z trzciańskiego "Exodusu", brak mostów, osuwiska w lasach i na polach, zalane połacie łąk i łanów zbóż oraz odbijające się jasnością na tle brunatnej ziemi wypłukane z rzędów ziemniaki, poprzewracane słupy elektryczne i telefoniczne, wyrwy w drogach, olbrzymia ilość wyrwanych z chodników płyt betonowych, poprzewracane tunele warzywnicze, oraz, co także trzeba powiedzieć, różnego rodzaju śmieci powyrzucane wcześniej do lasów i potoków, powyrywane mury oporowe na brzegach rzek, połamane drzewa, i ludzie, od wczesnego świtu robiący porządki we własnych obejściach - to krajobraz pierwszego poranka po powodzi. Teraz dopiero widać ogrom zniszczeń. Strażacy, którzy już drugą dobę, prawie bez przerwy wypompowują wodę z zalanych pomieszczeń, muszą teraz także jeździć do pożarów, gdyż na skutek samozapłonu mokrego siana, palą się stodoły w Łąkcie Dolnej. Mieszkańcy Łąkty sami drewnianymi palikami zabezpieczają wyrwy na drodze Bochnia - Limanowa, gdyż w każdej chwili ktoś może tam wpaść.
   Ciągle napływają informacje o stratach i potrzebach. Jedni grzecznie proszą o pomoc inni dzwonią z pretensjami. Wójt Żegociny Jerzy Błoniarz sam nie wie, za co się chwycić i co robić w pierwszej kolejności. Tyle spraw dzieje się naraz. Bez przerwy dzwoni telefon w Urzędzie Gminy w Żegocinie, gdyż udało się stosunkowo szybko przywrócić połączenie telefoniczne na linii Żegocina - Bochnia. Wszyscy chcą wiedzieć, co się stało i jakiej mogą udzielić pomocy. Sekretarz Gminy w Żegocinie Zbigniew Nożkiewicz rozważa, czy nie trzeba wezwać gminnej Obrony Cywilnej. Szybko dochodzi jednak do wniosku, że jest to zbyteczne, gdyż wszyscy i tak sami, bez wezwania, organizują się do pracy nad usuwaniem szkód. Kilkunastu rolników przyjechało własnymi traktorami z przyczepami, znalazła się koparka i już zwożony jest do centrum wsi kamienny nanos, którym zatyka się największe dziury, dążąc do przywrócenia przejezdności przez centrum Żegociny. Usuwane są połacie rozerwanego asfaltu. Wypompowywana jest woda z magazynu GS-u znajdującego się w piwnicach Wiejskiego Domu Handlowego oraz z pomieszczeń planującego wkrótce otworzyć sprzedaż sklepu firmy "Domwil". Warczą motory motopomp i pił spalinowych tnących zawalidrogi. Ekipy młodych mieszkańców wsi; rolnicy, pracownicy fizyczni, nauczyciele, z łopatami i kilofami udają się do ujęcia wody pitnej na stok Kamionnej, by jak najszybciej mogła popłynąć woda z tego ujęcia. Ekipy energetyków naprawiają instalacje gazowe i elektryczne. W usuwaniu szkód pomagają także dzieci i młodzież z przebywających w Żegocinie kolonii oraz wczasowicze.
   Do Rozdziela Dolnego wyruszam wraz z Janem Marcinkiem - członkiem Zarządu Gminy w Żegocinie i Zbigniewem Szewczykiem robiącym zdjęcia filmowe oraz Stanisławem Pławeckim - rolnikiem z Rozdziela. Jedziemy traktorem, gdyż tylko pieszo, rowerem lub takim właśnie środkiem lokomocji możemy się tam dostać, Jakoś udaje się nam dojechać do miejsc, w których najbardziej widoczne są zniszczenia. Wszędzie pełno kamieni i wszędzie ludzie usuwający skutki powodzi. Tu osuwisko, tu woda przyniosła z lasu sterty kamieni na pole uprawne, tu zerwany most, tam zaś zwały ziemi naparły na dom mieszkalny. Wygięte słupy sieci elektrycznej, kikuty połamanych drzew. Czarna rozpacz ogarnia człowieka, gdy to widzi. - Dotąd sięgała woda - pokazuje na ścianie właściciel jednego z domów. Jako strażak niejedno widział w życiu, ale najstarsi ludzie we wsi nie pamiętają takiej wysokiej i tak wszystko rwącej wody. Na podwórku porozrzucane sprzęty. Gospodarze wylewają z domu ostatnie wiaderka brudnej wody. Aby wyjść na drogę, która jeszcze wczoraj była asfaltową szosą, trzeba, dokonując cudów zręczności, przecisnąć się po stertach gałęzi, konarów i kamieni zebranych w miejscu, gdzie kiedyś była rzeka. Podchodzimy do granicy Rozdziela Dolnego i Kamionki. Z mostu zostały tylko niewielkie elementy. W miejscu, gdzie kiedyś była droga jest teraz sterta kamieni i cieknie niepozorny już strumyk. Z tej strony dostać się do Kamionki już nie można. Lat kilku potrzeba, by tę drogę odbudować. Udajemy się teraz do Bytomska. Tu zniszczenia, na pozór mniejsze. Ale nie dotrzemy do końca wsi. Po moście, niedaleko za remizą, zostało niewiele. Na asfalcie plączą się linki sieci elektrycznej. Ludzie informują nas, że duże zniszczenia są w tzw. Młynie. Po rzecznym mule i przez kładkę - prowizorkę zrobioną z jednej deski, dostajemy się nad równinę, na której dzień wcześniej szalała potężna rzeka. Wody na polach już nie ma, ale z upraw już nic nie będzie. Jak wszędzie, tak i tu, ludzie porządkują obejścia. Potężne, przewrócone drzewa są pomostami łączącymi brzegi potoku. Po mostkach nie pozostało śladu. Jest już popołudnie. Najwyższy czas, by udać się do Łąkty Górnej.
   Jakieś 200 m za rogatkami Żegociny widać pierwszą wyrwę w drodze. Pół kilometra dalej następna, jeszcze większa i naruszony most. Na skraju rozpadliny wisi stodoła. Jeszcze stoi, lecz czy następny deszcz nie spowoduje, że spłynie na dno potoku, tego nikt nie wie. Zerwana jest też część mostu w kierunku Zamrażalni w Łąkcie Górnej. Pracownicy tego zakładu zabezpieczyli jednak wąskie przejście dla pieszych. O przejeździe nie ma mowy. Jeszcze wówczas nie wiemy, że dojazd do Zamrażalni ciężkimi samochodami z drugiej strony, od Trzciany nie jest także możliwy, gdyż zniszczony został most między Ujazdem a Trzcianą. Przełamał się na pół i niby stoi, ale wygięty w dół tworzy kolebkę, po której przechodzą piesi i przejeżdżają rowerzyści. Kiedy następnego dnia ,zobaczymy to wraz z letnikami, którzy z Warszawy przyjechali na wypoczynek do Rozdziela i wybrali się ze mną, by zobaczyć co się stało w gminie Trzciana, nachodzi nas myśl, że tu również stała się ogromna tragedia. Tuż obok mostu Zakład Uboju Drobiu "Exodus" - także kompletnie zniszczony, Nieco dalej baza magazynowa żegocińskiego GS-u. Widać, że zgromadzone tu materiały popłynęły sobie z nurtem rzeki. GS oszacuje potem, że stracił skutkiem tej powodzi około 350 tys. zł. Jedziemy zniszczonymi drogami w kierunku Łąkty Dolnej. Na ścianach kurnika widać, że przeszła tędy prawie półtorametrowa fala. Nie ma już przystanku na pograniczu Trzciany i Łąkty, nie ma mostu. Spłynęły z prądem wody materiały z prywatnej bazy magazynowej. Zalana została będąca w rozbudowie Szkoła Podstawowa w tej wsi, a w niej szkolne archiwum. Przypominam sobie, że właśnie w kronice tej szkoły przeczytałem, że podobna powódź miała miejsce w Łąkcie w lipcu 1934 r. Jakoś udaje nam się dojechać do drogi Limanowa-Bochnia. Właśnie przyjechał autobus z Bochni, który tu, przy moście wysadził pasażerów i zawraca w stronę Muchówki. Zaszokowani tym, co zobaczyliśmy wracamy okrężnymi drogami do centrum Żegociny.
     Życie w Żegocinie powoli wraca jednak do normy. Właściciel podmytego kiosku z gazetami, od razu przystąpił do odbudowy. Trzeba na nowo robić podmurówkę i zatykać dziury w sklepie i w otoczeniu kiosku. Póki co gazety sprzedawane są na pobliskim przystanku. Szybko się rozchodzą, bo ludzie ciekawi są wieści z jeszcze bardziej zalanego Śląska. Tymczasem w Urzędzie Gminy wre jak w ulu. Pracownice Urzędu przyjmują dziesiątki telefonów, odbierają nadchodzące dary dla powodzian, które właśnie tu są ewidencjonowane i na razie w sali ślubów rozdzielane powodzianom. Jestem świadkiem rozładowywania darów przywiezionych z Gminy Wojnicz. Kilkanaście osób przenosi do budynku urzędu worki z odzieżą, butami, pościelą, środkami czystości, żywnością. Rozładunek nadzoruje pani Dorota Gałuszka - kierowniczka wojnickiego Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. - Ksiądz ogłosił w kościele o tym, że będziemy zbierać dary dla osób poszkodowanych w wyniku powodzi i każdy poczuwał się do obowiązku, żeby pomóc powodzianom. Dary przekazały nie tylko osoby prywatne, ale także właściciele sklepów i hurtowni. Transport załatwił Sekretarz Gminy Stanisław Szefer i tym sposobem znaleźliśmy się w Żegocinie. Jutro wybieramy się z następnymi darami do również zalanego Gnojnika - dodaje. Pomagam przez kilka minut segregować otrzymane dary. Są rzeczy, które będą przydatne od zaraz, ale są też ubrania na zimę. Przyda się wszystko. Wiele z darów to rzeczy nowe, zaś te używane są wyprane, niektóre nawet odprasowane. Jest sporo środków czystości. Te są jeszcze bardziej przydatne, bo brudu w obejściach jest co niemiara.
     Pomoc nadchodzi z wielu stron. Zaoferowały ją nawet dalekie, suwalskie Mikołajki, które zaproponowały zorganizowanie dla dzieci z Gminy Żegocina bezpłatnej koloni w miesiącu sierpniu. Nie sposób wymienić wszystkich ofiarodawców. Losami zalanej Żegociny bardzo szybko zainteresowało się krakowskie Radio Alfa i bocheńskie Gama, które dołączyły do organizatorów pomocy. Straty są tak olbrzymie, że bez pomocy z zewnątrz nie uda się zrujnowanych gmin odbudować, nie mówiąc już o dalszym rozwoju. Wstępne dane mówią o tym, że w Trzcianie zniszczone zostały uprawy o wartości około 700 tys. zł. Na naprawę mostów i dróg trzeba będzie dysponować kwotą 700 tysięcy zł. Żegocina oszacowała straty na prawie 50 mln zł, Lipnica Murowana na 7 mln, a Gnojnik na 3,7 mln zł (dane podaję za "Gazetą Krakowską"). Wydaje się, że liczby te jeszcze wzrosną, gdyż przychodzą straty wtórne, np. pojawiają się następne osuwiska ziemi i zapadliska w drogach. Droga krajowa nr 965 - Bochnia-Limanowa pewnie długo jeszcze będzie wymieniana w radio, jako nieprzejezdna. Roboty dla mieszkańców tych gmin też długo jeszcze nie braknie. Pytanie jest tylko takie: czy znajdą się pieniądze na narzędzia, sprzęt i materiały ?

... wstecz